Czasami nie ma się wyboru. Czasem życie wybiera za nas. Kochałam swoich rodziców, nic nie poradzę na to że nie żyją. W taki czy inny sposób.
Gdy w roku 1966 roku zmarła moja matka, ojciec postawił świat na głowie żeby uciec z Polski. Wyjechałam razem z nim w podróż jego marzeń. Do Egiptu. Był pracownikiem Instytutu Orientalistyki na Uniwersytecie w Krakowie. Już z początkiem 1967 roku stanęliśmy na ziemi Kairu. Przez pierwsze miesiące nie chciałam wychodzić z domu. Wszystko wydawało mi się obce, przerażające. Dnie i noce były zbyt gorące. Ludzie mówili językiem którego nie rozumiałam. Aż pewnego dnia ojciec zabrał mnie wieczorem do Kairskiego Ogrodu botanicznego. Nigdy wcześniej nie widziałam takiej ilości roślin, nigdy wcześniej tak bardzo nie chciałam czegoś poznać. Wtedy znalazłam zajęcie na następne miesiące. W gorącym klimacie Egiptu wszystkie rośliny rosły szybko i bujnie. Odkrywałam ich możliwości. Tak lecznicze jak i destrukcyjne.
Aż wreszcie zamarzyło mi się wyhodowanie niebieskiego lotosu. Znałam jego właściwości narkotyczne. Wiedziałam że ekstrakt jest silnie uzależniający i halucynogenny. Chciałam go mieć we własnym ogrodzie. Mój własny niebieski lotos. Był tylko jeden problem. Ta odmiana nie była uprawiana od czasów dynastii Aleksandryjskiej. I tak wierzyłam że go znajdę że gdzieś jeszcze rośnie dziko. Jestem optymistką, zawsze byłam, staram się widzieć dobre strony wszystkiego co mnie spotyka. No i znalazłam. Przyszło mi potem drogo zapłacić za tą fanaberię.
Dom na peryferiach miasta, sadzawka na środku dziedzińca. Było już po zmroku, nie wychodziłam z domu w dzień było zbyt gorąco. Nikt miał mnie nie zauważyć, ale tylko plany są doskonałe. Już właściwie wychodziłam z kilkoma szczepkami gdy go zobaczyłam. Stał sobie najspokojniej w świecie opierając się o kolumny arkad swojego domu i przyglądał mi się ze stoickim spokojem. - Masz dobry gust mała złodziejko. – później dopiero zastanawiałam się dlaczego nie zabił mnie od razu, gdy naruszyłam jego schronienie. - Niebieski lotos – wyjąkałam łamanym arabskim, starają się zrobić jak najbardziej niewinną minę. Uśmiechnął się tylko i ruszył w moją stronę, Stałam jak sparaliżowana, gdy jego twarz oświetlił słaby blask księżyca. Wtedy zobaczyłam, że ma poprzeczną źrenicę oka. Utonęłam w tym spojrzeniu.
Nie pamiętam jak dotarłam do domu, ale na stole w wypełnionym wodą naczyniu pływały niebieskie kwiaty, niebieski narkotyk. Mijały dni rośliny zadomowiły się w mojej sadzawce. A ja wciąż nie mogłam zapomnieć tamtego spojrzenia, nie miałam jednak odwagi wybrać się tam jeszcze raz.
Kiedy długo trwa się w miejscu, kiedy nic się nie zmienia i człowiek popada w stagnację, przychodzą mu do głowy różne głupie pomysły, nie jestem wyjątkiem. Po raz kolejny wpadłam w kłopoty, a te kłopoty nazywał się Isztar. Starożytna bogini której do tej pory oddaje się cześć w ponurych obrzędach ukrytych za ścianami dawno opuszczonych świątyń. Stałam się kapłanką Isztar. Nie pamiętam wiele z tamtych kilkunastu miesięcy. Byłam zbyt otępiona narkotykami i środkami znieczulającymi. Poznałam jednak wystarczająco ponieważ gdy oprzytomniałam i chciałam odejść nie pozwolono mi. Później świątynia groziła mojemu ojcu. Zostałam zbyt go kochałam żeby pozwolić go skrzywdzić. Tamtego dnia wracałam do domu, nie powinnam chodzić sama, ale tacy jak ja mają zbyt niepokorną naturę żeby stosować się do zasad, i po raz kolejny przyszło mi zapłacić. Mężczyzna minął mnie na głównej arterii miasta, uśmiechnął się. Oddałam ten uśmiech znałam go bywał czasem gościem mojego ojca. Zawsze wydawał mi się za młody na pracownika naukowego Uniwersytetu Kairskiego, ale przyjęłam, że w Egipcie nie tylko klimat ale i edukacja jest egotyczna. W ostatniej chwili jakby się zawahał i zatrzymał. Propozycję odprowadzenia do domu przyjęłam bardzo chętnie, zaproszenie na mrożoną kawę jeszcze chętniej. Rozmawialiśmy cały wieczór i byłam pewna że mnie uwodzi, temu też nie zamierzałam się opierać. Nie mieszkał daleko, ale gdy tylko weszłam do jego mieszkania zrozumiałam swój błąd. Wyczułam że coś jest nie w porządku. Poczułam taki sam zimny skurcz przerażenia jak wtedy gdy zobaczyłam tamtego mężczyznę o spojrzeniu węża. Ale było już za późno. Nawet gdyby był człowiekiem nie byłabym w stanie się obronić. Nie był jednak człowiekiem. A i mnie postanowił uczynić tym czym sam był. Pewnych tajemnic nie należy poznawać. Był rok 1971 miałam dwadzieścia sześć lat, nie będzie mi dane zestarzeć się nawet o dzień. Pod opieką mojego wampirzego Ojca Omara Ibn Al-Fath spędziłam kolejne pięć lat swojej egzystencji. Dzieląc czas pomiędzy świątynię a nauki. Czasem tylko śnił mi się mężczyzna o spojrzeniu węża i nie był to Omar. W roku 1982 umarł mój prawdziwy ojciec. A ja nie postarzałam się nawet o dzień kończyłam trzydziesty siódmy rok życia. Omar wciąż utrzymywał ze mną kontakt ale, zdecydowanie pochłaniały go inne sprawy. Mnie natomiast pochłaniała ucieczka ze świątyni, ponieważ kapłanki nie miały już komu grozić, mój ojciec nie żył. Niespodziewanie nadarzyła się okazja. Ktoś zaproponował mi układ. Moje informacje o świątyni w zamian za możliwość ucieczki. Nie miałam nic do stracenia. Dopiero później dowiedziałam się, informacje których udzieliłam były elementem wojny politycznej. Jeszcze później dowiedziałam się kto zaproponował ten układ, i nie zdziwiło mnie jakoś gdy zobaczyłam tą samą istotę która śniła mi się od piętnastu lat.
Od tamtego czasu minęło osiemnaście lat. Muazib Galard stał się moim opiekunem i zwierzchnikiem. Jest moim mentorem kimś kim nigdy nie był i nigdy nie byłby w stanie być dla mnie Omar. Jest rok 2000 nowe milenium. Przyglądam się pustyni, do odlotu samolotu zostały mi jeszcze trzy godziny. Z polecenie Muaziba lecę do Polski będę tam po raz pierwszy od trzydziestu lat. Wsłuchuję się w szepty pustyni, na horyzoncie zbierają się granatowe chmury, tutaj prawie nigdy nie pada deszcz. Pamiętam, że w Polsce jest stara przepowiednia że gdy zbiera się na deszcz wilgi krzyczą. Jestem niemal pewna, że przed chwilą słyszałam krzyk wilgi. Odwracam się i wsiadam do samochodu, spoglądam w nowe dokumenty, które przekazał mi Incivitatus, więc jednak dobrze wybrali imię. Wilga Katarzyna Kruszewska